Marcie wiedziała, że Bobby nigdy nie wróci do zdrowia. Liczyła się z
najgorszym, oczekiwała, że śmierć będzie wybawieniem, przynajmniej dla
niego. Miała nadzieję, że ona sama wyjdzie ze stanu zawieszenia, w
którym trwała przez ostatnie lata, zacznie nowy etap w życiu. Miała
dopiero dwadzieścia siedem lat i mnóstwo możliwości przed sobą: mogła
się kształcić, podróżować, poznawać nowych ludzi. Minął rok, a ona
trwała ciągle w tym samym punkcie, nie była w stanie zrobić kroku.
Wiedziała, że powinna, och, doskonale wiedziała, ale co z tego? Nie
potrafiła zerwać się do lotu, do biegu, choćby do człapania w przód.
Człapała więc w miejscu. Tak to trwało i trwało, aż wreszcie coś w niej
pękło i ruszyła w drogę...